Zima co się zowie, mróz trzeszczy, sople zwisają, zwały śniegu jak okiem sięgnąć, nawet w Warszawie, jednym słowem - najwyższy czas odkurzyć sprzęt narciarski i ruszać na stok. Jak to zrobić, kiedy w domu dwójka maluchów poniżej dwóch lat? Czy to w ogóle wykonalne? Razem z mężem-narciarskim maniakiem postanowiliśmy, że sprawdzimy - a oto, co nam wyszło.
 Po pierwsze, kluczowa jest lokalizacja. I nie chodzi tu bynajmniej o ilość i stopień trudności tras, gwarancję pogody i śniegu, czy zaplecze imprezowe. Podstawowe kryteria to: a) odległość od domu - im bliżej, tym lepiej (serdecznie gratulujemy i zazdrościmy mieszkańcom południowej Polski i północnych Włoch, macie spory handicap...); b) dogodny dojazd - oczywiście pod kątem dzieciowym, czyli najlepiej prywatny samolot, albo w ogóle helikopter i kwatera z lądowiskiem na dachu... A na poważnie, w tym miejscu gratulujemy i zazdrościmy posiadaczom potomstwa śpiącego w samochodzie - Wam droga niestraszna: wyjazd na noc powinien zagwarantować spokojną podróż. Nasze dzieci niestety okazują się nieodmiennie samochodowo niedopasowane i z 6 godzin nocnej drogi do Białki Tatrzańskiej przespały może 5... na spółkę. Ostatnie kilometry dłużyły się dzięki temu niesamowicie, a okupione zostały setką wierszyków, piosenek, bajeczek, połową baterii w komórce mamy (kolorowe świecące obrazki to jest to) i duuużą częścią rodzicielskiej cierpliwości przewidzianej na cały tydzień.  W zeszłym roku, z jednym tylko rocznym synkiem, lecieliśmy samolotem do Włoch, i ta wersja sprawdziła się dużo lepiej - niestety w tym sezonie okazało się, że koszt samolotowej imprezy dla czteroosobowej rodziny trochę nas jednak przerasta. c) kwatera jak najbliżej stoku - a najlepiej w ogóle NA stoku i z widokiem na wyciąg W ten sposób można na stok wychodzić całą rodziną (zawsze znajdą się tam jakieś dodatkowe atrakcje dla dzieci, czy choćby standardowy kawałek górki na saneczki/jabłuszka). Da się też elastycznie zorganizować opiekę nad potomstwem, szczególnie jeśli jak u nas jedno z nich ciągle jest maleńkim ssakiem, a butelki nie widziało jeszcze na oczy. W razie konieczności korzystania ze skibusa opieką nad dziećmi nie można się dzielić na godziny (mama jeździ rano, tata po południu i na odwrót), a tylko po całym dniu (mama poniedziałek, tata wtorek), co moim zdaniem działa dopiero przy starszakach. Poza tym są jeszcze sytuacje awaryjne, jak na przykład zbuntowany dwulatek, który NIE! nie pójdzie z tatą na stok, ale zdanie zmienia w trzy minuty od wyjścia rodzica, oznajmiając to karczemną awanturą słyszalną na kilometr. Z hotelu pod stokiem można tego tatę ewentualnie dogonić, a do następnego skibusa wszystkim wokół mogłyby popękać już bębenki...  Kolejną istotną kwestią jest doborowe towarzystwo na wyjeździe. My byliśmy we czwórkę, 2+2, prawdziwa nuclear family, i nie było to najlepsze wyjście. Dwoje rodziców na dwójkę dzieci w nowym miejscu to wcale nie tak dużo, zajęcia nie brakuje, a chwil wytchnienia brak. Tak samo jak na żaglach, nieoceniona byłaby babcia, która pomogłaby okiełznać dwa małe żywioły, albo/i druga zaprzyjaźniona rodzina, której obecność pozwoliłaby nieco zniwelować stres (niestety, narciarski urlop z dziećmi do relaksujących nie należy...).  Z tego też względu pod żadnym pozorem nie wolno planować powrotu na ostatni dzień urlopu: wrócicie zmachani i na ostatnich nogach, a następnego dnia oprócz zabawiania skowronkowo wypoczętych i zachwyconych powrotem do domu dzieci czeka Was jeszcze sprzątnięcie pozostawionego przed wyjazdem pobojowiska, zrobienie dużych zakupów i wypranie zawartości walizki (co najmniej 3 tury prania, suszenia i prasowania - oczywiście pod warunkiem, że jakiś posiadacz dwójki tak małych dzieci jeszcze w ogóle używa żelazka...). Aha, ważna uwaga: NIE DA SIĘ zabrać na wyjazd takiej ilości dziecinnych ubranek, żeby nie trzeba było robić prania na miejscu. ZAWSZE coś się skończy: body, spodenki, rajstopki, nieważne. To nieuniknione. Tak już jest. Z doświadczeniem dwóch rodzinnych wyjazdów narciarskich, najpierw z roczniakiem, a teraz z niespełna dwulatkiem i trzymiesięczniakiem mogę powiedzieć, że jedno malutkie dziecko na wyjeździe to pikuś. Dwójka - to sport ekstremalny (szczególnie, jeśli jedno z nich to osławiony zbuntowany dwulatek...). Po pierwszym narciarskim poranku tego roku tatuś, który całe rano zajmował się potomstwem, był dużo bardziej zmachany, niż jeżdżąca na nartach mama. Samo wyszykowanie dzieciaków do wyjścia i zapakowanie w zimowe ciuchy to odrębna dyscyplina sportu (tę akurat wszystkie mamy dwójki mają na co dzień, nie trzeba nawet wyjeżdżać, żeby ją uprawiać...). Potem jeszcze skłonić dwulatka do współpracy, nie zgubić w tłumie narciarzy, wrócić na czas, żeby nakarmić niemowlaka, przewinąć, nakarmić starszego, nie zwariować... Urlop? Jaki urlop? Urlop to trzeba wziąć, żeby odpocząć po urlopie...
» 3 Komentarze
1Komentarz z środa, 03 luty 2010 14:50
i jak tu trzymać się tekstu że dzieci ograniczają.... totalna bzdura, jak widać w tym artykule, nie ma rzeczy nie możliwych jeśli ktoś COŚ chce :) Gratuluje! i życze miłych wakacji :) na śniegu
2Komentarz z środa, 03 luty 2010 14:52
proszę zauważyć że nie używałam słowa - URLOP tylko WAKACJE :P
3"ja też jadę" z piątek, 05 luty 2010 21:04
My tez jedziemy na nart na początku marca. Jechalismy jak Zuzia miała 9 miesięcy, jechalismy jak miała 1 i 9 miesięcy, jak byłam w drugiej ciąży nie jechaliśmy, ale jedziemy teraz, gdy Zuzia ma 3 lata 9 miesięcy a Staś 10 miesięcy. Jedzie z nami babcia, która będzie zajmować się Stasiem, gdy będziemy na nartach z Zuzią. Nie wyobrażam sobie zimy bez nart (no chyba ze w ciąży). I nie wyobrażam sobie nart bez moich dzieci. Cieszę się, że nie jestem jedyna!!!
» Wyślij komentarz
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze. Zaloguj się lub zarejestruj.
|